Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mary Ann Shaffer. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mary Ann Shaffer. Pokaż wszystkie posty

środa, 24 sierpnia 2011

MARY ANN SHAFFER I ANNIE BARROWS „Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek”


Z ciekawostek, Panie Shaffer i Barrows są rodziną. Pani Barrows zasłynęła już wcześniej z książek dla dzieci, natomiast „Stowarzyszenie…”, to powieściowy debiut jej cioci. Zastanawiało was kiedyś, jak dwie osoby mogą napisać tak spójną książkę? Mnie bardzo, chętnie bym się tego dowiedziała, posiedziała w głowach pisarek i zobaczyła, jak to wszystko zaskakuje. Być może właśnie więzy krwi sprawiły, że autorkom udało się napisać tak dobrą i pełną ciepła, pomimo poruszanych tematów, historię.

Książka napisana jest w formie listów, głównie pomiędzy Juliet Ashton, a Dawsey’em Adamsem, który przypadkowo ma w swoim posiadaniu egzemplarz książki, należący wcześniej do kobiety. Juliet z zawodu jest pisarką, nic, więc dziwnego, że korespondencja z Dawsey’em, a później i z innymi mieszkańcami jego wyspy Guernsey, wyzwala w niej chęć napisania o ich losach książki. Tak oto zaczynamy czytać o wielu ciekawych epizodach z życia wyspy okupowanej wtedy przez Niemców. Niektóre z historii są smutne, w końcu, to czas wojny, niepokoju, bólu. Inne, wręcz tętnią życiem, radością, można się przy nich uśmiechnąć. Przy tym zauważalne jest to, że ludzie okupowani nie mają czasu na żal, cieszą się życiem takim, jakie jest, biorą pełnymi garściami żeby potem nie żałować, że nie mieli okazji zrobić czegoś więcej.
Niektórych bohaterów wprost nie da się nie lubić. Isola, mała Kit, poczciwy Dawszy, czy najlepsi przyjaciele Juliet, Sophie i Sydney. Są też inni, którzy nie budzą ni krzty sympatii, jak np. adorator Juliet, Mark V. Reynolds (zauważyliście, że czarne charaktery, zazwyczaj mają takie pompatyczne nazwiska?), czy Pani Adelajda Addison, dewotka, która żyje w świętym przekonaniu, iż każdego należy ewangelizować i pouczać, co nigdy nie wychodzi jej tak, jak wychodzić powinno.

Czyta się naprawdę ekspresowo, książka jest napisana z poczuciem humoru, często można się przy niej uśmiechnąć, a uczucia, które wywiera na czytelniku, mnie samą mocno zdziwiły. Razem z Juliet, potrafiłam się śmiać, płakać, dzieliłam jej troski z mieszkańcami Guernsey.
Sugerowanie się tekstem z okładki, tym razem jest bardzo trafnym krokiem, wprowadzi was też w powieść i da namiastkę tego, co znajdziecie w środku.
Cieszę się, że miałam okazję przeczytać i jestem pewna, że o „Stowarzyszeniu…” nie zapomnę prędko, a i pewnie do niego wrócę. Polecam miłośnikom książek o cieple, ludzkiej dobroci, poświęceniu, ale także tym, którzy lubią sprawy trudne, które tutaj zostają obrócone tak, iż wydają się błahostką.