Książkę Nicka Cave'a dosyć tajemniczo i pokrętnie poleciła mi koleżanka. Powiedziała, że przeczytała ją w gimnazjum, i że już nic jej od tej pory nie zaszokowało w literaturze.
Cóż miałam zrobić? Oczywiście wypożyczyłam i przeczytałam. Od tego czasu minął prawie rok, a ja dopiero teraz zbieram się, żeby cokolwiek o tej książce napisać.
Euchrid Eucrow jest takim typem dziecka niczyjego. Ma ojca trapera i matkę alkoholiczkę. Właściwie prawie nic dla nich nie znaczy. Jest niemową, a jego brat bliźniak umarł przy porodzie. Życie Euchrida upływa na uciekaniu przed matką oraz mieszkańcami miasteczka, którzy uważają go za dziwaka i nie raz próbują zatłuc na śmierć. Główny bohater jest dziwny... delikatnie mówiąc.
Nie wiem, co napisać o tej książce. Po tak długim czasie nie wszystko z niej pamiętam. Pozostało jednak ogólne wrażenie niesmaku, obrzydzenia. Ta powieść nie jest dla wszystkich, co widać chociażby po recenzjach, jakie zbiera. Jedni są zachwyceni formą i przekazem, inni w ogóle tego nie chwytają.
Ja myślę, że do napisania takiej książki trzeba mieć w sobie coś nieokreślonego. Nie chciałabym użyć tutaj żadnego dosadnego określenia, ale dla mnie "Gdy oślica ujrzała anioła" jest wytworem chorym, spaczonym, który zostawia brud na ciele i krew za paznokciami. Nie wiem czy kiedykolwiek całkowicie zapomnę o tej książce. Ale może właśnie taki był zamysł autora.