sobota, 24 września 2011

ERIC EMMANUEL SCHMITT "Odette i inne historie miłosne"


„Odette i inne historie miłosne” od dawna miałam już w planach. Ostatnio częściej czytam książki Schmitta i bardzo je lubię, gdyż mają swój specyficzny klimat i nie są schematyczne, więc za każdym razem poznaję coś innego i nie mam szansy się tym znudzić.

Zazwyczaj unikam opowiadań. Dlaczego? Jest to dla mnie zbyt krótka forma literacka, gdy zaczynam się wkręcać w fabułę, to zazwyczaj opowiadanie dobiega końca i czuję ogromny niedosyt. Wypożyczając „Odette…” nawet nie wiedziałam, że są to opowiadania. Szczęście w nieszczęściu, gdybym wiedziała, pewnie zastanawiałabym się w nieskończoność, a nie wiedziałam i miło się zaskoczyłam. Nie pozostał mi również słynny niedosyt, z czego jestem zadowolona najbardziej.

Poznajemy osiem historii. Każda z nich dotyczy innego rodzaju miłości. Milionerka Wanda, łowczyni mężczyzn Helene, chora Idole, oszukana przez kochanka Aimee, Izabelle, która ma lęk przed seksem, bosa księżniczka Donatella, Odette Jakkażda i Olga, która wraz z innymi kobietami mieszka w łagrze. Opowiadania te są po prostu piękne, każde w swoim rodzaju, a wszystkie na ten sam temat, jakim jest miłość w czystej postaci. W tych ośmiu historiach jest zawarte osiem różnych sposobów na to, jak można kochać.

Książkę czyta się bardzo szybko, przechodząc od jednej historii do drugiej i koniecznie chcąc wiedzieć, co wydarzy się dalej. Z każdej opowieści na pewno dałoby się stworzyć powieść, ale wtedy straciłyby one swój urok. Choć raz przyznać muszę, że opowiadanie wygrało.

Moim ulubionym opowiadaniem było to o Idole, kobiecie chorej na Alzhaimera, która żyła w swoim własnym świecie, kochając, zapominając i przeżywając cierpienie. Historia ta pokazuje jej pogląd na świat, ale też bezradność jej rodziny, która nic nie może poradzić na postęp choroby.

Schmitt jest dla mnie mistrzem. O jego postrzeganiu miłości można czytać, z góry wiedząc, że będzie to coś głębszego, co na długi czas pozostawi ślad w pamięci, że nie będzie to jakieś ckliwe love story. Myślę, że prędko zabiorę się za jego kolejną książkę, a do tej jeszcze wrócę.

--*--

Zapraszam do Księgarni Poczytajka. Banner po prawej stronie :)

środa, 21 września 2011

LEW TOŁSTOJ "Anna Karenina tom II"


Uprzedzam, że w większości moja recenzja jest spoilerem, kto więc nie czytał pierwszego tomu, niech ominie znaczną część z początku :).


Ochoczo zabrałam się za drugą część książki, która zrobiła na mnie pozytywne wrażenie. Tym razem jednak, lektura nie była dla mnie tak przyjemna. 

Tom drugi skupia się przede wszystkim na perypetiach Kitty i Lewina – ich ślubie – i późniejszym życiu rodzinnym oraz relacjach Anny i Wrońskiego – Anna odchodzi od męża, nie uzyskawszy rozwodu i zamieszkuje z Wrońskim. Oczywiście jej życie nie jest już usłane różami, bo wszyscy potępiają to, co zrobiła, co w końcu prowadzi do tragedii. Pobocznymi wątkami są też te dotyczące Karenina i jego syna Sierioży, a także Błońskiego i Dolly, którzy mają poważne kłopoty finansowe.

Tym razem czytanie szło mi bardzo opornie, szczególnie zaś, długie opisy wyborów do samorządów, filozoficzne rozmyślania, czy nawet dość głupie w moim pojęciu monologi Anny. Męczyłam się i męczyłam, złapałam się nawet na myśli, żeby odłożyć i już do niej nie wracać. W końcu przebrnęłam i w sumie dopadło mnie kolejne rozczarowanie – zakończenie wypadło jakoś bez wyrazu. W tej części autor widocznie chciał pokazać klęskę Anny i szczęście Kitty, ale, jak wyraził się Iwaszkiewicz na tyle okładki, „zamiar ten Tołstojowi się nie udaje, nie ma w nim bowiem prawdy”. Z tym stwierdzeniem zdecydowanie się zgadzam, bo, choć pozornie Kitty szczęśliwa była, to jednak nie była to ta idylla, o której w pierwszym tomie marzył Lewin.

Cóż, z książkami bywa różnie, jedne bardziej przypadają do gustu, inne mniej. Jestem bardzo ciekawa, jakie powieść wywarłaby na mnie ogólne wrażenie, gdybym czytała ją w wersji jednotomowej, ciągłej. Niestety jest tak jest i w mojej opinii, ta część była tą „gorszą”, choć momentami podobała mi się, miała w sobie coś z tomu pierwszego. Jeśli więc ktoś już” Annę Kareninę” zaczął, to niech skończy, może tylko ja mam takie krzywe spojrzenie na ową książkę.