wtorek, 9 grudnia 2014

JACEK GETNER "Pan Przypadek i korpoludki"

To już trzecia część przygód detektywa-jasnowidza Jacka Przypadka. Do tej pory ukazały się "Pan Przypadek i trzynastka" oraz "Pan Przypadek i celebryci". Obie książki spodobały mi się na tyle, że byłam ciekawa czym tym razem zaskoczy mnie autor.

Pan Przypadek jest postacią charakterystyczną i specyficzną. Najczęściej widuje się go w dresie i w biegu, gdyż intensywnie trenuje do maratonu. Pomiędzy treningami rozwiązuje zaś sprawy tajemniczych morderstw, zniknięć, ewentualnie konsumuje słodycze u sąsiadki Bamber. Jest szybki, inteligentny i... bardzo denerwujący, jak utrzymują niektórzy.

Tym razem motywem przewodnim historii są różnej maści korporacje. Tajemnicza śmierć bogatego prezesa, skandal wywołany paleniem papierosów konkurencyjnej firmy i przywłaszczenie własności intelektualnej. Brzmi poważnie i skomplikowanie, ale to bułka z masłem dla Jacka Przypadka. W końcu ludzie są "banalnie przewidywalni". 

Jacek Getner, kolejny raz dał z siebie wszystko - jest zabawnie, oryginalnie i swojsko Przypadkowo. Ostatnim razem nie miałam żadnych zastrzeżeń do lektury, tym razem jednak będę musiała trochę pozrzędzić. Może to kwestia tego, że głównego bohatera znam już dosyć dobrze, a może tego, że on cały czas ewoluuje i jest tylko lepszy. I szybszy w tym co robi. Tak szybki, że potrafi rozwiązać sprawę morderstwa w kilka godzin. Nawet jak na literacką fikcję, troszkę za szybkie to tempo. 

Poza tym raczej czepiać się nie będę. Pochwalę za to cudownie prześmiewczy charakter książki. Autor pokazuje bohaterów, którym woda sodowa już dawno uderzyła do głowy. Takich, którzy swoją niewinnością operują jak tarczą i skafandrem ochronnym. Takich, którzy są tak w nią zapatrzeni, że nie widzą, że prawdziwa niesprawiedliwość rodzi się tylko i wyłącznie w ich głowach. Całe szczęście, że znajdzie się taki Jacek Przypadek, który wie, jak sobie z "grubymi rybami" radzić.

Czekam na kolejną część. Zapowiada się iście kosmicznie.

Za egzemplarz serdecznie dziękuję autorowi :)

wtorek, 2 grudnia 2014

WOJCIECH JAGIELSKI "Wypalanie traw"

Wojciech Jagielsk jest wielokrotnie nagradzanym pisarzem, korespondentem wojennym i publicystą. Jego książki łączą w sobie reportaż z powieścią, dzięki czemu świetnie się je czyta i łatwo zapadają w pamięć.

"Wypalanie traw" wpadło mi w ręce dzięki mojej Pani promotor na studiach. Uznała, że jeśli interesuje mnie tematyka rasizmu i nietolerancji, to książka Jagielskiego spełni moje oczekiwania. Nie myliła się. 

Miasteczko Venterstorp od zawsze rządzili biali Burowie. Czarni mieli tam swoją dzielnicę i byli traktowani jak niewolnicy, bo chcąc mieć pracę, musieli zgadzać się na wszelkie warunki białych farmerów. Czasy mają się zmienić, gdy do władzy dochodzi wypuszczony z więzienia Nelson Mandela. Koniec z apartheidem, rządy przejmuje czarnoskóra większość miasteczka. Jest to jednak przejście tylko pozorne, bo w Ventersdorpie tak na prawdę, choć nieoficjialnie władzę sprawuje Eugene Terre'Blanche, samozwańczy generał, który u czarnych budzi paniczny lęk i który nigdy nie pogodzi się z ich rządami. Ale co się stanie, gdy dwóch czarnych zmęczonych czekaniem na zaległą wypłatę zbuntuje się i zabije słynnego przywódcę?

Miejsce akcji, Ventersdorp, to małe miasteczko, w którym zatrzymał się czas, i w którym każdy obcy traktowany jest jak intruz - o ile ktoś obcy w ogóle się tam pojawi. Mieszkańcy Ventersdorpu nie są przychylnie traktowani w innych miejscowościach, gdyż zła sława Terre'Blanche'a sięga daleko i wzbudza uczucie lęku podszytego szacunkiem. 

Jagielski pisze swoją książkę bardzo obiektywnie, nie ocenia niczyich działań, nie stara się też ich zrozumieć. To po prostu przedstawienie przykrych i niewygodnych faktów, o których rzadko rozmawia się na forum. "Wypalanie traw", to opowieść o czarnych, których nikt nie słucha i mało kto szanuje, pomimo praw, jakie im przysługują. To historia o człowieku, który żył dla urojonej ideologii, dla którego czarni, to zło, którego trzeba się wystrzegać, które należy tępić.
Wreszcie "Wypalanie traw", to historia o rozczarowaniu ludzi, którzy w rewolucji pokładali wielkie nadzieje, i którzy srodze się zawiedli, bo nadal nikt nie traktował ich poważnie. Nadal nic się nie zmieniło.

W książce uderzyło mnie przede wszystkim to, jak Burowie mówili o swoich pracownikach, że to złodzieje, że są leniwi, że niczego nowego nie chcą się nauczyć, a zarabiać chcieliby dużo. Wydawało mi się to mocno przesadzone, wywołane jakimś stereotypem. Wszystko do momentu, gdy zauważyłam, że to nie są wymysły ludzi i przynajmniej część oskarżeń jest najczystszą prawdą. Okropnie mnie to rozczarowało, ale czy powinno? 

"Wypalanie traw", to świetnie napisana relacja z pobytu Jagielskiego w Ventersdorpie. Tak dobra, że wydaje się być literacką fikcją, z drugiej strony ciągle przypominająca czytelnikowi, że wszystko, co w niej opisane, działo się naprawdę. Polecam. Musicie ją przeczytać.